Rowerowa wyprawa na Wysoczyznę Elbląską

Data: 16-18 kwiecień 2021

Wysoczyzna Elbląska

Na początek wypunktuje założenia wyprawy:

  • Miała się ona odbyć na wiosnę roku Pańskiego 2020.
    Wybrany był termin, pobrane urlopy, ale plany pokrzyżował lockdown wprowadzony przez pandemię koronawirusa.
  • Mieliśmy jeździć po płaskich jak stół Żuławach Wiślanych.
    Taki był początkowy zamysł. Kierunek wybrany został nie do końca przypadkowo. W zeszłym roku do sąsiadującego Gdańska przeprowadził się kolega Michał, zwany „GoGoGo”. Trzeba było zrobić rozpoznanie jego nowych okolic. Koncepcja wyjazdu zakładała objazd po Żuławach, przejazd nadbrzeżem morskim i objazd Wysoczyzny Elbląskiej. Przy wyznaczonych ramach czasowych wyprawy na na trzy dni z dojazdem z Łodzi- plan nie do wykonania. Trzeba było skupić się na jednym regionie. Wybraliśmy więc ten z największą ilością przewyższeń i błota.
  • Miała być piękna słoneczna pogoda. Albo chociaż, żeby nie padało.
    Już na tydzień przed wyjazdem prognozy długoterminowe sugerowały ochłodzenie. Z każdym dniem bliżej wyjazdu słupki opadów deszczu coraz bardziej rozciągały się na osi rzędnych, która opisywała domenę czasu. Jednocześnie też pięły się w górę osi odciętych, która mówiła o wysokości słupa wody na jednostkę powierzchni. Podsumowując, zapowiadał się wysoki poziom „szlachetności” wyprawy.
  • Miało nas jechać dużo.
    I pojechało dużo! Do tego większość grupy stanowili zajęci wychowaniem dzieci tatusiowie. Trzeba podkreślić, że nie łatwo jest skompletować taką ekipę. No i docenić mamy, ciocie i dziadków którzy tymi dziećmi się opiekowali na czas wyjazdu.
    To wyliczę uczestników (kolejność alfabetyczna): Andrzej, Bartek, Kamil, Ja, Michał Gogogo, Michał CRK.

W piątek, z samego rana wyruszyliśmy samochodami z Łodzi do Elbląga. Równolegle z Gdańska ruszył Michał, ale on podjechał pociągiem. Z racji różnicy odległości do pokonania, stawił się na miejscu wcześniej i miał dużo czasu na dokonanie wstępnego rekonesansu terenu. Spotkaliśmy się razem w miejscowości Jagodnik. Tam też przesiedliśmy się z samochodów na rowery. W czasie całej drogi z Łodzi nie spadła na nas nawet jedna kropla deszczu. Za to akurat, gdy zakładaliśmy ekwipunek na rower zaczął padać deszcz. Nie zrażeni, z uśmiechami ruszyliśmy w drogę. W końcu takie spotkanie i wyprawa nie odbywa się codziennie, więc po co się martwić jakimiś niedogodnościami atmosferycznymi.

Pierwsze kilka kilometrów dało nam przedsmak z jakim terenem będziemy mieli do czynienia. Rowery w kilka chwil pokryły się błotem. Napędy piszczały od piachu. Można było zapomnieć o płynnej zmianie przełożeń. Problemu z przełożeniami nie miał jedynie wypominany już Michał, który to wziął na wyprawę „single speeda”. Nie musiałem długo czekać, aby walcząc o równowagę nie zanurzyć stopy ponad kostki w błotnistej breji. Ale te wszystkie trudy były rekompensowane przez widoki jakie tam zastaliśmy. Dam tu przykład dość głębokiej i spadzistej doliny rzeki Grabianki. Zjeżdżaliśmy sobie tam w dół, wśród szumu przełamywanej co moment małymi progami rzeki. Czułem się tam jak w Bieszczadach w których nigdy nie byłem.

Wysoczyzna Elbląska
Nawet jestem na jednym zdjęciu. (fot. Bartosz Grunert)
Wysoczyzna Elbląska
Wysoczyzna Elbląska
Szlak- miejscami dla rowerów wodnych.
Wysoczyzna Elbląska
(fot. Bartosz Grunert)
Wysoczyzna Elbląska zabytkowy mostek
Mostek przy rezerwacie „Buki Wysoczyzny Elbląskiej”

I tak znaleźliśmy się na poziomie Zalewu Wiślanego. Z ciekawszych miejsc odwiedziliśmy Święty Kamień Prusów. No dobra, był to po prostu większy kamień wystający z wody i raczej nikomu bym tam specjalnie nie kazał jechać. Ale okazało się, że wzdłuż wybrzeża można znaleźć całkiem fajne miejsce na nocleg. Niby mieliśmy unikać bliskości wody, co by nie ciągło wilgocią, ale ciężko było zrezygnować z takich okoliczności przyrody. I pogoda popołudniem stała się też coś łagodniejsza.

Tolkmicko
Tolkmicko.
Port w Tolkmicku
Port w Tolkmicku. (fot. Bartosz Grunert)
Święty kamień Prusów
Święty kamień Prusów.
Rower
Orzeł
Patrz, orzeł..
Trasa przejazdu
Przejazd wzdłuż linii kolejowej
Plaża nad Zalewem Wiślanym

Teraz wspomnę coś o samym rozkładaniu obozowiska. Zrezygnowaliśmy z przeprowadzenia optymalizacji przewożonych sprzętów do noclegu. Można to wytłumaczyć tylko tym, że każdy miał jakiś system, który chciał przetestować. I tak dwie osoby spały pod namiotem, dwie pod tarpem i dwie na hamaku. Dobrze, że wieczorem udało się jeszcze znaleźć czas na biesiadowanie przy ognisku. Szkoda tylko, że nikt nie wziął ze sobą jeszcze gitary.

Ognisko
Ognisko
Noc na plaży
Człowiek, Księżyc i Krynica Morska.
Nocleg pod tarpem
Nocleg pod tarpem
Bushcraft
Zalew Wiślany
Zalew Wiślany.

Rano ruszyliśmy do Fromborka. Przemieszczaliśmy się głównie szlakiem Green Velo o nieznanym mi numerze. Tylko dodam, że ten szlak towarzyszył już nam dość często w czasie wyjazdu i ogólnie wart jest polecenia. Największą atrakcją we Fromborku okazał się być obiad z Domu Mikołaja Kopernika. Zwykły domowy obiad smakował wyjątkowo. Może dlatego, że byliśmy głodni. A może chodziło o formę konsumpcji- spożywany na dworze, w deszczu, na krzesełkach wyniesionych z restauracji. Reżim sanitarny przecież nie pozwalał na spożywanie we wnętrzach budynku.

Frombork i święty kamień Prusów
Święty kamień Prusów i Frombork.
Obiad we Fromborku
Obiad przy domu Kopernika.
Frombork Rezerwat Komarów

Następną część dnia poświęciliśmy na pokonywanie kolejnych przewyższeń. Z najciekawszych miejsc, które odwiedziliśmy mogę wymienić Grodzisko Tolkmita oraz punkt widokowy w Kadynach. Na zakończenie dnia jazdy czekało nas pewne wyzwanie. Podjazd z Kadyn do miejscowości Łęcze, gdzie każdy kolejny pokonany zakręt bezlitośnie ujawniał kolejną prostą, która wiodła ku górze. Ta epopeja zdawała się nie mieć końca. Na nic zdawały się zapewniania, że na górze będziemy mogli zobaczyć ruiny sterego wiatraka. A nawet możliwe, że ten cel wspinaczki powodował pewne napięcia w grupie. Za Łęczem miała na nas czekać jeszcze dodatkowa nagroda. Wypatrzone i wymarzone przez Michała Gogogo miejsce rozbicia obozowiska. Było to strategicznie położone grodzisko łużyckie. Idea, że „marzenia trzeba spełniać” (w tym przypadku marzenie Michała) wzniosła nas do celu.

Narusa, Osada pod Kapeluszem
Intrygujące…
Postój
(fot. Bartosz Grunert)
Sztuka nowoczesna na Wyżynie Elbląskiej
Sztuka nowoczesna.
W drodze
Kapliczka przydrożna
W drodze
W drodze
Dąb Bażyńskiego, Kadyny
Dąb Bażyńskiego w Kadynach.
W drodze
Łęcze wiatrak
Ruiny wiatraka w Łęczu.
Łęcze, wnętrze wiatraka
We wnętrzu wiatraka.
Łęcze dom przysłupowy
Grodzisko łużyckie
Grodzisko Łużyckie. (fot. Bartosz Grunert)

Grodzisko na którym nocowaliśmy okazało się rewelacyjnym miejscem. Różnica wysokości między szczytem, a resztą terenu była dość znaczna. Przechodząc się po wałach miało się widok na skąpaną światłem zachodzącego słońca okolicę. Z kolei na horyzoncie można było dostrzec wody Zalewu Wiślanego. Aby nie było tak idyllicznie i jednak dodać trochę dramatyzmu, podczas przygotowywania drewna na opał Michał przycelował sobie siekierą w nogę. Rana była za prawdę głęboka i postawiła pod znakiem zapytania nasze dalsze imprezowanie. Na szczęście okazało się, że narzędzie w postaci ostrej jak brzytwa nowej siekiery Bartka wykonało czyste niczym skalpelem chirurgicznym cięcie. Ważne, aby w takiej sytuacji mieć jakieś opatrunki. Z wyłączeniem sytuacji, kiedy akurat nie planuje się żadnych urazów. Szybkie złączenie przeciętych płatów mięśniowych oraz założenie opatrunku zatamowało wszelkie krwawienie. Dobrze, że tak to się skończyło, bo helikopter to by tu nie wylądował.

Grodzisko łużyckie
Rozkłądanie hamaka
Ognisko
Księżyc
Ognisko

Po zażegnaniu kryzysu można było przystąpić do wieczornych obrad przy ognisku. Te trochę się przedłużyły. Nawet ktoś mógłby powiedzieć, że ilość alkoholu została lekko przemiarkowana. Na szczęście sen na świeżym powietrzu pozwala na przyśpieszoną regenerację. Nawet do tego stopnia, że następnego dnia Michał był w stanie znów jechać na rowerze. W normalnych okolicznościach zapewne nie obyło by się bez solidnego szycia jego rany.
Na nowy dzień zadanie było proste- wracamy do domów. Zaznaczę, że aby dopełnić wszelkich zasad bezpieczeństwa udaliśmy się po wodę ze strumienia, aby dobrze zagasić po sobie ognisko.

Obozowisko
Rano…
Obozowisko
Okolice grodziska
Strumień
Wyżyna Elbląska
W drodze
Na szlaku
Na szlaku
Spakowany samochód
Spakowani, i w drogę…

Podsumowując, wszyscy z wyprawy wrócili zadowoleni. Bardzo fajnie było się spotkać w takim składzie.
Ja osobiście, chciałbym jeszcze wrócić w te tereny. A konkretnie mam na myśli przejście pieszo Szlaku Kopernikowskiego na Wysoczyźnie. Ominęliśmy dużo jego fragmentów, bo były dość trudne terenowo dla rowerów obładowanych sakwami. Ale te odcinki, które widziałem zapowiadały się obiecująco.

One Comment

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close